Urodziłam się by żyć !
Pewnego dnia , magicznej daty 10 01 - czterdzieści jeden lat temu ...z prochu powstałam ?
Zawsze byłam dzieckiem niesfornym, swoje drogi obierałam ,
tak jak dziś -kochałam świat i ludzi kochałam ...
Miałam wspaniałych rodziców i nagle coś jedną ze "świec" zgasiło ...
tato miał 38 lat gdy zmarł ... i moje życie się zmieniło ...
Byłam najstarszym dzieckiem i uważałam ,
że mając 12 lat będę mamę wspierała ...
Moje dzieciństwo szybko się skończyło ... po szkole nie było już zabaw ,
beztroski choć uważałam , że tak widocznie być miało ...
Niedługo później mama pracę straciła , a ja wówczas dużo sił miałam ...
Dowód tymczasowy ( wówczas takie były ) wyrobiłam,
mama zgodę na moją pracę jako nieletniej podpisała ..
a ja po szkole do świtu w gastronomii harowałam .
A rano do szkoły i tak mi lata mijały ...
Mając 16 lat pracowałam już jak dorosła ,
po szkole, w weekendy ,wakacje - bo odpowiedzialna za bliskich się stałam
Chciałam być pomocna , a nigdy nie lubiłam narzekania ...
Było miło gdy mogłam wywołać uśmiech na buzi mojego rodzeństwa ,
to było bardzo miłe ...i własnie to wówczas dawało mi siłę ....
Mając 18 lat urodziłam syna (zbyt młodo ? - być może,
ale chciałam mieć swoją rodzinę ... z perspektywy czasu wcale tego nie żałuję ...)
Mając 27 lat urodziłam drugiego syna ...i do pełni szczęścia brakowało mi tego jednego szczęścia , które córką się nazywa , pamiętam jak mama i babcia zawsze mi powtarzały , że " biedne te matki co córek nie mają " z czasem przekonałam się co w ten sposób przekazać mi chciały ...
Mając 29 lat urodziłam córkę . Poczułam się spełniona i szczęśliwa.
Ale życie to nie bajka i ciężkie chwile przychodzą , czasami pokonujemy je sami , a czasami pomaga nam np.onkolog ...
Gdy córkę urodziłam , 2 tyg. po tym z wyrokiem na onkologię trafiłam ...
Lekarz twierdził, że max 6 miesięcy mi daje ...a ja w śmiech rozpaczy , "Panie Doktorze , ale ja się nigdy nie poddaje !"
Szukałam lekarza , który pomoże mi w tej walce o życie i natrafiłam na wspaniałą kobietę , która jako jedyna wierzyła, że jestem silna i jest szansa , że mogę tą walkę wygrać .
Po ciężkiej bitwie z rakiem, która 6 miesięcy trwała ...juupii - cud ? wygrałam !
Wracałam po woli do zdrowia i wielkiego jak nigdy apetytu na życie nabrałam .
To co przez czas leczenia i walki czułam ... pewnie bym cały tom o tym napisała ...
A i był i moment, gdy mając 29 lat testament już spisałam ...
Szybko do siebie dochodziłam , mąż wyjechał za granicę i sama z dziećmi byłam ..
niepowodzenia, rozterki i ból ... cóż to taka jedna z maminych ról ...
Wzięłam wówczas wszystko na klatę , szybko znalazłam pracę , ciężką pracę ...
Mąż tam już stworzył swój świat , do kraju nie chciał wracać i nie był już obok nas ...
Wrócił po roku , zupełnie odmieniony , tylko kłótnie w domu był rozczarowany naszym krajem , domem, krzykami dzieci , w ogóle jakby to nie był on ...
Próby scalania , nie przyniosły efektu , był bez pracy , siedział w domu i wszystko go złościło ...nie chciałam tak żyć , zabierać mu szczęścia bo wiem, że życie jest tylko krótką chwilą ...
Dałam mu wolność ( złożyłam pozew o rozwód),i aby szedł przez życie szczęśliwy ,
nie musi się męczyć przy dzieciach , przy mnie ...widocznie tam gdzie był świat jest bardziej beztroski ,inny , być może tam zazna więcej radości ...
Moja mama mi czasami pomagała , gdy w pracy , ciężko pracowałam ...
ale przyszedł ten dzień ...gdy ja w tym wirze zagubiłam się gdzieś ....
Poczułam się nagle wyjątkowo źle ... poszłam do lekarza ...badania ...
i cóż okazało się że tym razem guza na płucach miałam ...
Wróciłam do domu nic nie mówiąc nikomu - jakby nigdy nic przez łzy się uśmiechałam..
Dalsze badania, praca, dzieci ...ten czas zdecydowanie za szybko leci ...
Diagnozowanie ..cudowanie i ciągle w punkcie wyjścia ..guz ? hmm przez rok rósł ..5 cm ? nie mało ...komórki nowotworowe 200% ponad normę ,ale widocznie miejsca tam u góry jeszcze dla mnie nie uszykowano ...
Lekarze bezradnie rozkładali ręce , guz jest przy aorcie ,na rozwidleniu naczyń nie możemy teraz tam dojść, zostaje czekać i obserwować, nie zostaje nam nic więcej ...
Tomografy co 3 miesiące , morfologia co miesiąc ciągłe badania i jeden wielki znak zapytania ...
Czułam się wówczas jak bomba , która bezustannie tyka ...jeden moment , nie wiem kiedy i ....z tego świata znikam ...
I pewnego dnia , wyrok padł - moja mama dowiedziała się że w jej płucach siedzi rak ...
ta podstępna postać zła , nie dawała jej sił , nie dała szans ...choć ona bardzo dzielnie walczyła ...dopiero podczas swojej walki nie wiem skąd dowiedziała się że z moimi wynikami jest coś nie tak ...oczywiście twardo się zapierałam, nigdy nie lubiłam kłamstwa , ale wówczas skłamałam , nie chciałam jej załamywać , chciałam aby siły do walki miała ....
Mama po pół roku walki - zgasła - jest z tatą w niebie ...
zanim odeszła-powiedziała mi "córeczko Ty będziesz żyła a, ja odejść będę musiała "...
Jej słowa jak mantra w głowie powtarzałam ...
Uwierzyłam w nie choć z przykrością ich słuchałam , nie chciałam aby mama umierała ...
Tego samego dnia gdy umarła mama i z nią się żegnałam, telefon dostałam, że osoba którą kiedyś kochałam , (mowa o ojcu moich dzieci ) poważny wypadek miała ... stan krytyczny ...
I myślę sobie , co ja powiem dzieciom ? - szczerze do domu wracać się bałam ...
Syn młodszy do komunii właśnie się szykował .
Wróciłam , poprosiłam dzieci aby usiadły obok mnie bo muszę im coś ważnego zakomunikować ...
Płacz wielki i rozpacz serca rozdzierały - "dlaczego takie cierpienia właśnie nas spotkały ? " .
I wówczas, chyba jakaś moc w mojej głowie się odezwała , powiedziałam dzieciom, że babci im nie wrócę - bo już nie żyje , ale o życie ich taty będę do ostatku tchu walczyła i zrobię wszystko aby jego noga na komunii syna się zjawiła ...i jak powiedziałam tak zrobiłam ...
Jeździłam codziennie 60 km, aby mówić do niego , myć, pielęgnować i jak doktor House , wszystkiego dopilnować ...
Przez miesiąc w śpiączce i nagle wybudzenie ... i o tą chwilę walczyłam niestrudzenie ..
I pewnie powiecie jakaś Ty głupia byłaś , a ja szczęśliwa mówiąc dzieciom - tata już nie "śpi" i sam oddycha ....
I długie miesiące rehabilitacji ..ale to już tylko teraz wspomnienie ...
Stanął o kulach o własnych siłach - do dziś pamiętam syna spojrzenie !
Te łzy niewinne i uśmiech błogi gdy noga taty pokonała kościoła progi ...
Wpatrzony w tatę jak niedowiarek , zamiast patrzeć na ołtarz patrzył na tatę
Dla takiej chwili to własnie robiłam, i byłam szczęśliwa bo zwyciężyłam ...
I tato dzieci , gdy sił już nabrał i samodzielny znów się stał ...
Trafił odbyć karę za wypadek, który spowodował sam ...
A nasze życie moje i dzieci ... ciągle do przodu ..
jak to w życiu bywa -raz burza , raz słońce świeci ...
Ciężka praca popłaca ? czasami się z tym nie zgadzam :)
Ale nie o tym mowa ...
W życiu pochowałam już rodziców , dziadków , brata i śmierć już przede mną tajemnic nie chowa ...
Wiem co to życie ...i wiem co to śmierć
I będę walczyć o każdy na ziemi dzień ....
O radość dzieci ... uśmiech ludzi ..
I dziękuję za każdy promyk słońca ,
który co dzień mnie budzi ....
I w sercu co dnia wiarę mam
Że życie jest piękne - że wygrać radę dam ,,
Bo przecież nadzieja, ona ostatnia umiera ...
A ja chcę jeszcze żyć, mam tu dużo do zrobienia !
Mam dzieci wspaniałe
I ręce które przytulić je mogą
I nogi które do pracy co dzień mnie noszą ...
I serce , które krew ciągle pompuje ...
I oczy ,które się śmieją gdy bólu nie czuję
I usta, które całują dzieci gdy idą spać
I duszę, która pozwala mi tutaj trwać ...
Taka zwykła ja ...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz